Życie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życiowe sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życiowe sprawy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2020

Poduszeczka


Witam Wszystkich. 
Życie we Włoszech w ostatnim czasie uległo ogromnym zmianom. Do niedawna szykowałam się do powrotu na szlaki. Na odkrywanie i pokazywanie Wam nowych miejsc. Tyle planów, tyle idei. Na razie musiałam wszystko "odłożyć na półkę". Czeka, na pewno jak już będzie można wrócę na szlak. 

A jak na razie #siedzewdomu . Musieliśmy nawet wstrzymać prace remontowe, bo sklepy pozamykane i część rzeczy nam potrzebnych jest niedostępnych. 

Pozostała mi więc kuchnia... Tak uwielbiam gotować, wypróbowywać nowe przepisy... Ale chcę też zmieścić się w drzwi wyjściowe kiedy będzie już można wyjść. :)))

 Pomyślałam, pomyślałam i.... Zawsze bardzo lubiłam wszelakie rękodzieło. Popatrzyłam co mam w domu... tak, tak sklepy pasmanteryjne przecież też pozamykane. Można zawsze zamówić i dostarczą do domu, ale ja chciałam już , teraz, natychmiast a nie czekać na kuriera. Wybór padł więc na poduszeczkę, dawno obiecaną dla córeczki koleżanki. 

Postanowiłam więc, że i na blogu od czasu do czasu pokażę Wam co robię gdy mam trochę wolnego czasu. 

Poduszka- haft krzyżykowy

Poduszeczka jest wykonana haftem krzyżykowym. Nićmi DMC. 

Różowy haft

Potrzebowałam tylko kilku kolorów i nie dużego kawałka płótna Aida. Na samą poduszkę użyłam kawałków różowego materiału 100%bawełna. 
Z tyłu zrobiłam dość dużą zakładkę materiału, aby poduszeczka nie musiała być zamykana. Guziczki są tylko ozdobne. W razie gdy rodzice zdecydują, że to mało bezpieczne dla dziecka można je odciąć.

Zakładka z ozdobnym guzikiem

Dość szybko wykonałam tą poduszkę. Haftu, który jest najbardziej pracochłonny jest tutaj stosunkowo mało. 
Gdy już będzie można wychodzić z domu, zawiozę prezent dla Małej Księżniczki. Mam nadzieję, że jej się spodoba. 
A Wy co myślicie? Może się spodobać dziecku taki prezent? A może też macie chęć taki wykonać? 
Ja już się wzięłam za kolejne haftowanie...

wtorek, 28 stycznia 2020

Remontowe włoskie życie cz.2


Wracam do Was z drugą częścią o tym naszym remontowym, włoskim życiu. Prawdą jest, że właściwie całe nasze obecne życie toczy się wokół remontu. W odstawkę poszły nasze wycieczki, kolacyjki... Cały nasz wolny czas pochłania nasz domek. Pracy ogrom, ale satysfakcja jeszcze większa. Choć "czym dalej w las, tym więcej drzew"... Czym więcej robimy, tym więcej pomysłów się pojawia i tym więcej jeszcze jest do zrobienia. Ale jest coraz piękniej i coraz bardziej "po naszemu".  

Na początek, oprócz zdarcia wszem panujących starych tapet i odmalowania (na razie na biało) wszystkich pomieszczeń. Zajęliśmy się najważniejszymi sprawami czyli kuchnią i łazienką. 

Kuchnię zastaliśmy w stanie hmmm.... nie bardzo złym, ale nic mi się nie podobało. Wszystko było nie w moim guście...


Kuchnia lata 80-te

Ten kawałek blatu który widać na zdjęciu, to jedyne takie miejsce w całej kuchni. Musiałam to inaczej zagospodarować. Myślałam na początku o wymianie całej kuchni. Jednak nie znalazłam czegoś w tak malutkich rozmiarach, a co by mi odpowiadało. Przy okazji okazało się, że wszystkie meble w kuchni są  wykonane z dobrej jakości drewna. Nie żadna sklejka, tylko drewno. Pomysł na zmianę wyklarował się dość szybko. Wymiana blatu, mniejszy zlew, nowa kuchenka, piec i okap.. Meble zostaną odświeżone i przemalowane. O przebojach przy  zakupie rzeczy do kuchni pisałam tutaj . Kolejnymi przebojami było dłuuuugie czekanie na fachowca który podłączy kuchenkę gazową . Uwielbiam tych włoskich fachowców. Do furii mnie doprowadza proszenie aby ktoś przyszedł do pracy. Przecież płacę mu za to stawkę, którą sobie zażyczył. Czemu więc terminy są ciągle przekładane, prace opóźniane? No nic wreszcie się udało. Wszystko zostało podłączone, a ja mogłam się wziąć za odmalowanie mebli, oklejenie ich w środku i inne zmiany. 


Kuchnia po remoncie

Nasza kuchnia obecnie wygląda własnie tak... I tak odpowiada moim gustom. Wstawiłam też stół do kuchni, na włoskie śniadanka idealny. Zrobiliśmy też kącik kawowo - herbaciany przy lodówce. W przyszłości stanie tam ekspres do parzenia kawy.


Kącik kawowo- herbaciany


I tyle na razie co do kuchni. 
Kolejnym pomieszczeniem w domu, które kosztowało nas wiele nerwów była górna łazienka. 
Prezentowała się naprawdę kiepsko, wszystko podniszczone i w starym stylu z włoskich lat 80-tych. 


Łazienka z lat 80-tych

Rozumiecie o co mi chodziło? Normalne, trzeba zmienić, wymienić. Burza mózgów nastąpiła przy prysznicu. Ta łazienka ogólnie jest dość malutka.  No ale pod prysznicem 65/65 cm. to mój mąż miał naprawdę problem z kąpielą. Prysznic z jednej strony ogranicza okno z drugiej kaloryfer. Jednak istniała możliwość powiększenia prysznica. Problem, że nie dawaliśmy rady wejść w standardowe wymiary prysznica. I o ile brodzik kupiliśmy żywiczny z możliwością docięcia, tak z drzwiczkami mieliśmy naprawdę sęka. Drzwiczki były nie standardowe, więc...4 razy droższe od normalnych. Wreszcie znaleźliśmy firmę/sklep która takowe drzwiczki miała i to w cenie tylko troszkę droższej od standardów. Z tej samej firmy postanowiliśmy wziąć też brodzik. Ogrom radości, bo terminy też ok. Zong nastąpił przy zapłacie. Trafiliśmy na chyba jedyną firmę która w sklepie podaje ceny bez vat!!! No co mnie interesuje ile dany towar kosztuje bez vat?! Albo choć informować powinni..."tyle a tyle bez vat, a tyle z vat." A tak to mimo, że cena i tak była niższa niż gdzie indziej, poczułam się lekko oszukana. No ale towar zamówiony zapłacić trzeba. 
Kolejny raz powtórzę - uwielbiam tych włoskich fachowców. O hydraulika też się doprosić nie można było. Ten był przynajmniej szczery - nie przyjedzie danego dnia, bo ma obiad rodzinny(nota bene w środku tygodnia), mimo że wcześniej byliśmy umówieni. Albo godziny pracy- "przyjadę rano", a ty czekaj człowieku, co masz innego do roboty? Także i w tym przypadku większość prac wykonaliśmy sami.


Podczas wymiany prysznica.

Przy okazji zrobiliśmy i inne prace. 


Nasz nowy prysznic

Prysznic mamy 68/86 cm. Tak jest dużo lepiej. A więcej już nie daliśmy rady powiększyć. 
Cała łazienka nabrała lepszego wyglądu, choć nadal jest przecież malutka. Może kiedyś w przyszłości zrobię z dolnej łazienki jeden wielki prysznic, a tutaj go zlikwidujemy? No ale to są duże koszta. Na razie zrobiliśmy co mogliśmy. Jest czyściutko, jest nowe, jest większe. 


Łazieneczka

Przed zimą zabrałam się też za odnawianie balustrady na tarasie. 


Drapanie balustrady

Było skrobanie, zabezpieczanie i malowanie. Ale efekt końcowy, super!


Odnowiona balustrada.

Uwielbiam oglądać jak Nasz Domek się zmienia. Jak się staje coraz bardziej nasz. Coraz bardziej przytulny. I wiecie co Wam powiem... Czasem padam na przysłowiowy pysk. Sił mi brak. Czasem myślę, że szkoda że nie mamy tylu pieniążków, żeby dać fachowcom i niech robią. A my w tym czasie jakiś urlopik.... Jednak szybko przychodzi inna myśl- że wtedy pewnie nie do końca byłoby jak ja chcę. No i do tego ta ogromna satysfakcja z wykonanie samemu tylu prac. Pewnie będą jeszcze dalsze części  remontowego włoskiego życia, bo to jeszcze nie koniec naszych zmagań. Zapraszam Was serdecznie do czytania i kibicowania.


wtorek, 26 listopada 2019

Remontowe włoskie życie cz.1


Na początku muszę przeprosić wszystkich którzy czytają mojego bloga. Wiem, wiem dawno nic się tu nie działo, ale to dlatego że w realu działo się aż nadto.
Remont pochłoną nas całkowicie. A przecież braliśmy domek w którym podobno było "mało do zrobienia".


Nasze miejsce na Ziemi.

No dobrze zacznę od początku....
Nasz dom został wybudowany w latach 80. Już sam fakt tego, że to Włochy a nie Polska pewne formy budowy lekko mnie zaskakiwały i nadal zaskakują. No, ale wiadomo inne przepisy inne normy. Inną sprawą jest to, że poprzednimi właścicielami byli starsi ludzie, którym nie w głowie były jakiekolwiek remonty. Po śmierci staruszków, dom był przez 2 lata wynajmowany. Lokatorzy, którzy wynajmują raczej nie remontują. Później dom przez 1,5 roku stał samotny. Aż znaleźliśmy się my, którzy pokochaliśmy go od pierwszego wejrzenia. 
Kupując go widzieliśmy większość rzeczy które trzeba naprawić, zmienić. Ale po pierwsze- naprawdę bardzo na się spodobał, a po drugie- wiadomo koszt przystępny. 
Jak już był nasz... zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do pracy. I ta praca właściwie trwa nieprzerwanie od czerwca. Końca niestety jeszcze  nie widać. Na początku miałam  w głowie taką ideę, że wszystko musi być zrobione natychmiast. Strasznie się tym stresowałam. Nocami nie spałam tylko kombinowałam i organizowałam wszystko. Wiadomo, pieniądze nas ograniczają w wielu sprawach. Fachowcy we Włoszech też nie spieszą się jakoś zbytnio z pracami, a nie wszystko możemy zrobić sami. 
Po podpisaniu aktu kupna, mieliśmy dwa tygodnie na przeprowadzę z naszego wynajmowanego mieszkania. W pierwszej kolejności trzeba było ogarnąć sypialnię, 1 łazienkę i kuchnię. A tu prawie cały dom w tapecie papierowej z lat 80!!! Ale się działo...
Musieliśmy też pozamawiać meble. Remont jakoś ogarnialiśmy. Pierwsze schody zaczęły się przy zakupie mebli. Zamówienia szły z dwóch firm. 
Jedna znana we Włoszech firma, wywiązała się w 100% . Wszystko było na czas. Doradzili w wyborze. Polityka firmy jest taka, że dopłacając 10% do zakupu oni wszystko przywożą w wyznaczonym terminie i montują. W naszym przypadku meble do łazienki mogli zmontować tylko częściowo, ponieważ czekaliśmy jeszcze na hydraulika. Później musieliśmy tylko złożyć lustro z umywalką, użyć silikonu pomiędzy i gotowe.
Druga firma (jej oddziały są też w Polsce), no niestety nie było już tak kolorowo. Postanowiliśmy nie zamawiać przez internet, tylko pojechać do sklepu żeby sprawdzić sprzęt i porozmawiać, licząc na jakąś pomoc, doradzenie. Okazało się, że Pani z oddziału kuchennego ma akurat pauzę na obiad- 2 godz!!! Nie ma jej kto zastąpić. Tak się wkurzyliśmy, że poszliśmy do kierownika. Ten zlecił obsługę klientów ludziom z oddziału łazienkowego.... Skończyło się tym, że i tak czekaliśmy na Panią, która poszła na obiad. Zrozumcie mnie, nie byłam wściekłą, że kobieta poszła na obiad. Każdy ma prawo do przerwy. Tylko, że my też byliśmy bez obiadu. Powinni się jakoś wymieniać. Przecież skoro sklep nie ma zarządzonej przerwy (jak większość innych), to powinien ktoś obsługiwać. 
No dobrze, Pani wreszcie przyszła. Nawet co nie co potrafiła doradzić. Okazało się że nie miałam przy sobie wymiaru jednego szczegółu z kuchni który był potrzebny. Nam bardzo zależało na czasie dostarczenia do domu zakupionych produktów. Dlatego np. wybraliśmy zlew kuchenny który był dostępny "od ręki". Musieliśmy podobno poczekać tylko na docięcie blatu kuchennego. Pani podała mi mail do jej oddziału w sklepie, abym jeszcze wieczorem mogła przesłać brakujący wymiar. Co oczywiście zrobiłam zaraz po powrocie do domu.
Wiedzieliśmy, że po docięciu blatu ktoś się z nami skontaktuje co do  daty przywozu zamówienia. Mieli na to kilka dni. Długo nikt się nie odzywał. Ja niedługo miałam jechać do Polski, a tu kuchnia w pełnym rozgardiaszu. Gotowanie na kuchence biwakowej, pożyczonej od znajomych. Dobrze, że ciepło było. Jadaliśmy sałatki i rozpalaliśmy grilla....
Oczywiście do sklepu dodzwonić się nie można było. Automatyczna sekretarka, milion numerków do powciskania, na końcu i tak nikt nie odpowiada. Koniec końców, zadzwoniliśmy na num. Pani która nas wtedy obsługiwała. Jej num.tel. był w stopce przy mailu. Udało się. Jest. Dodzwoniliśmy się. Jednak jedyną informację, którą uzyskaliśmy było, że spróbuje się dowiedzieć co się dzieje i oddzwoni. Zadzwoniła... po kilku dniach. Podobno trzeba było poczekać na płytę gazową! Jak to?! Przecież ze względu właśnie na czas , braliśmy wszystko co "było od ręki"! Sama nam tak doradzała. Nie pozostało nam nic innego jak czekać. Po kolejnych dniach jest znowu tel. od tej Pani, że zamówienie już gotowe i przyjdzie.... za 2 tygodnie! Jak byliśmy w sklepie mówiliśmy, że wyjeżdżamy i dostawa ma być przed wyjazdem. I ona nas w tym zapewniła. Pani przesłała mi dokładną listę zamówienia i okazało się, że zlew pomyliła i zapisała prawy a nie lewy. W tych typach zlewów dziura na kran jest od razu, także jest to ważne. Zadzwoniłam, mając nadzieję, że jest to pomyłka tylko w jej zapisie. Niestety. Trzeba znowu czekać na to aby przyszedł kolejny zlew tym razem już prawidłowy. Całe zamówienie dotarło wreszcie pod koniec mojego urlopu w Polsce. Po czym znowu okazało się, że coś jest nie tak. Blat który kupowaliśmy cena była za ponad 3 metry. Sprzedawany w takich długościach. Nam był potrzebny krótszy. A pozostały kawałek do wykorzystania na szafkę z drugiej strony kuchni. W ty dłuższym kawałku miały być wycięte otwory na zlew i płytę gazową. Owszem otwory zostały wycięte, ale odciętego kawałka już nam nikt nie dostarczył. Znowu telefony. Okazało się że Panowie którzy odcinali zapomnieli dołożyć do zamówienia, a teraz już tego kawałka nie ma. Tym razem wściekł się mój mąż. Długie rozmowy z kierownikiem, przeprosiny, wycena brakującego kawałka i zwrot kosztów. Jeszcze czeka nas wycieczka do Genui do sklepu po odbiór pieniędzy. 
Na pewno sklep nas do siebie skutecznie zniechęcił! Raczej już żadnych zakupów tam nie zrobimy, pomimo korzystnych cen i dużego wyboru produktów. 
Na szczęście w tym czasie remontowaliśmy inne części domu. Po powrocie z Polski troszkę odpuściłam tzn. przestałam się tak stresować, że coś nie jest zrobione na wczoraj. Śpię spokojniej, ale ręce urobione po pachy. W kolejnej części zmagań remontowych pokaże kilka zdjęć z tego co zrobiliśmy. 
Teraz czekamy jeszcze na hydraulika, żeby wymienił prysznic. Wczoraj był kominiarz. Na prawdę nam się nie nudzi. 
Muszę Wam jednak coś powiedzieć- satysfakcja jest ogromna! Tak patrzę na zdjęcia ile się zmieniało. Mam nadzieję, że i dom jest nam wdzięczny, że wreszcie ktoś o niego dba. Jest coraz więcej "Nas" w tym domu i to mi się bardzo podoba. Zaczynam naprawdę czuć się w tym miejscu jak w DOMU.

środa, 25 września 2019

Psie życie we Włoszech


Od niedawna do naszej rodzinki dołączył psiak. Zakochaliśmy się w nim od pierwszego dnia. Przed zakupem musiałam zorientować się jak wygląda posiadanie psa we Włoszech. Co jest obowiązkiem, co potrzebą, co chęcią...

Nasza kochana psinka.

Zacznę od wizyty u weterynarza. Podobnie jak z lekarzem, warto rozejrzeć się za dobrą kliniką. Jeśli zakupiliśmy psa to musimy wiedzieć jakie szczepienia miał już zrobione. Powinniśmy dostać książeczkę zdrowia psa, żeby wiedzieć w jakiej klinice był szczepiony i na co. Pies powinien być także odrobaczony. 
Zakup szczeniaka jest możliwy dopiero gdy ma on min. 2 miesiące i więcej. Wcześniej warto żeby  był przy swojej mamie. 
My z naszym udaliśmy się na kolejne jego szczepienie do kliniki w której był już wcześniej. Psiak został przy okazji zbadany, zważony i oczywiście zaszczepiony. Udzielono nam wszelakich odpowiedzi na nasze liczne pytania. Dostaliśmy również zestaw dla szczeniaczka. Nie mam pojęcia czy to standardowa procedura i jest tak w każdej klinice? W zestawie dostaliśmy karmę suchą, saszetki z jedzonkiem, książeczkę o dbaniu i wychowywaniu pupila. 

Zestaw od weterynarza dla szczeniaczka.

Kolejną sprawą oprócz szczepień obowiązkową we Włoszech, jeśli chodzi o psy jest micro chip. Każdy pies musi być w ten sposób zarejestrowany. Chodzi o zmniejszenie zagrożenia porzucenia psa. Dla właścicieli jednak jest to o tyle dobre, że jeśli psiak z jakiś powodów nam się zgubi i ktoś go odnajdzie, to na pewno wróci on do nas. 
Informację o obowiązkowych szczepieniach dostaje się od weterynarza. Każde szczepienie jest płatne, także micro chip. 

Jeśli adoptujemy psa ze schroniska, to też będzie miał swoją książeczkę zdrowia. Raczej nie dadzą nam psa bez któregoś ze szczepień. Na pewno będzie także posiadał micro chip. Po adoptowaniu psiaczka będziemy musieli tylko udać się do urzędu aby przerejestrować micro chip na nas. Mamy na to 7 dni roboczych. Jeśli adoptujemy suczkę to obowiązkiem schroniska jest jej kastracja (straszne słowo). Jeśli adoptujemy pieska to jeśli jeszcze nie jest wykastrowany, to możemy albo się zgodzić na to albo nie. Nie będę komentowała tego, poinformowano nas, że takie jest prawo i koniec. 
Sam proces adopcyjny wygląda podobnie w każdym schronisku. Nie byliśmy w wielu, ale w tych kilku wyglądała sprawa następująco... Oglądamy pieski które są  w schronisku. Pracownik schroniska opowiada nam o każdym lokatorze schroniska. Zadziwiające jak Ci ludzie wszystko o tych psiakach wiedzą... Jeśli zainteresuje nas któryś piesek umawiamy się na kolejną wizytę. Musimy się zapoznać z naszym przyszłym kompanem życia, a on z nami. Wychodzimy na terenie schroniska z psem na kilka spacerów. Jeśli obu stronom wszystko odpowiada, adoptujemy pieska.  Są schroniska, które delegują także jednego z pracowników na sprawdzenie możliwości lokalowych ludzi którzy chcą adoptować psa. Jak nam tłumaczono chodzi o to aby np. duże rasy nie trafiły do malutkiego mieszkania, lub np. czy teren po którym ma biegać pies jest ogrodzony.

No dobrze, mamy już pieska w domu... Albo go zakupiliśmy, albo adoptowaliśmy ze schroniska i co dalej...
Ja mogę się wypowiedzieć za regiony Włoch które znam, ale myślę że pieski mają tutaj dobrze. Właściwie jest mało ograniczeń gdzie nie można udać się z psem. Oczywiście smycz, a w niektórych przypadkach i kaganiec jest obowiązkowy.

Pies w podróży.

No dobrze zacznijmy od autobusów, bo tutaj jest straszna różnorodność.  Wszystko zależy od wielkości psa i regionu Włoch. Właściwie wszędzie pieski małe mogą jeździć autobusem. Problem zaczyna się gdy mamy psa większej rasy. Trzeba się dowiadywać, ponieważ te przepisy też się zmieniają. Na chwilę obecną niestety w większości miast (np. La Spezia) psy dużych ras nie mogą jechać autobusem. Pieski mniejszych ras mogą, oczywiście na smyczy i w kagańcu, a najlepiej w torbie dla pieska. 

W pociągach sprawa wygląda już lepiej. Psy małych ras, które zmieszczą się w torbie o wymiarach 70*30*50, mogą być przewożone gratis we wszystkich pociągach. Psy większych ras również mogą jeździć wszystkimi pociągami z jednym małym wyjątkiem. W pociągach regionalnych psy dużych ras nie mogą jechać między 7-9 rano od poniedziałku do piątku. Psy dużych ras płacą połowę normalnego biletu za przejazd. 

A w samochodach? Oczywiście, że możemy przewozić pieski samochodami. Muszą jednak jechać albo w klatce dla piesków. Albo w bagażniku, oddzielonym kratką/siatką (musi mieć autoryzację urzędową). Albo możemy przypiąć pieska specjalnymi pasami bezpieczeństwa. Ogólnie chodzi o to, żeby psiak nie miał możliwości przeszkadzania kierowcy w prowadzeniu samochodu. 

Samolot to już zależy od linii lotniczych. W niektórych można przewozić psy, ale w klatkach i w lukach bagażowych. 
Każdy psiak który przekracza granicę Włoch musi mieć micro chip (lub tatuaż) i paszport z aktualnymi szczepieniami.

A na miejscu psiak ma fajne życie. Jedynym przepisem, gdzie psy nie mogą wchodzić są miejsca z bezpośrednim kontaktem z przygotowywaniem żywności. Czyli wszelakie np.kuchnie. Ale już nie ma bezpośredniego przepisu z zakazem wejścia do restauracji, pizzerii i barów.  Czyli jeżeli jesteśmy na spacerze z psem i chcemy przy okazji wejść i napić się kawy, to nie ma absolutnie żadnego problemu. Oczywiście pies musi być przynajmniej na smyczy, a jeszcze lepiej też w kagańcu. Nie dziwią też nikogo psy w restauracjach czy pizzeriach. Chociaż, każdy właściciel jakiegokolwiek lokalu(w większości regionów Włoch), może wystąpić o zakaz wejścia zwierząt do swojego lokalu. Wówczas na drzwiach lokalu jest umieszczona takowa informacja. Tak samo sprawa wygląda z wchodzeniem do sklepów. W niektórych supermarketach psy można wprowadzać tylko w przeznaczonych do tego wózkach, a w niektórych w ogóle nie wolno. Osobiście widziałam nawet psy z właścicielami w kolejce w aptece! czy na poczcie. Są oczywiście "place zabaw" dla psiaków. Gdzie mogą się spotykać z innymi pieskami. Jeśli chodzi o nadmorskie plaże
to w większości regionów Włoch są takie przeznaczone do wejścia z psami. Oczywiście na terenie całych Włoch obowiązuje nakaz sprzątania po naszych pupilach. Pies w jakimkolwiek miejscu publicznym musi być na smyczy (dł.do 1,5m.). Właściciel powinien mieć ze sobą także kaganiec ( żeby użyć w razie potrzeby). Oczywiście za jakiekolwiek szkody spowodowane przez psa odpowiada właściciel.

My się uczymy tych wszystkich zasad. Niektóre uważam za bardzo fajne, np. usiąść w ogródku w barze latem razem z naszym pupilem to świetna sprawa. Jednak już pies w restauracji, czy sklepie spożywczym nie do końca mnie przekonuje. Ani to dobre dla zwierzaka (te wszystkie nęcące zapachy), no i inni klienci mogą sobie nie życzyć. 
Odnoszę wrażenie, że na ogół Włosi jeśli już maja czworonoga to bardzo o niego dbają. 

Nasz psiak rośnie. Poznajemy i uczymy się siebie wzajemnie każdego dnia. I poznajemy Świat.

wtorek, 2 lipca 2019

Prawie urlopowo


Jak wszem i wobec wiadomo we Włoszech jak urlop to sierpień. Wówczas zapełniają się plaże, kurorty... Wszelakie wycieczki i bilety na cokolwiek (muzeum, pokazy, koncerty) trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. 
Ja za czasów jeszcze szkolnych zawsze starałam się wyjechać z mojego miasta w wakacje. Najczęściej w góry i najczęściej pod namiot. Raz że lubiłam , dwa że ekonomicznie wychodziło. Odnoszę wrażenie, że Polacy traktują morze i góry "po równo". Część Polski jeździ nad morze, część w góry. Oczywiście piszę o ludziach pozostających w kraju. 
Bardzo cieszy mnie fakt, że coraz więcej Polaków wyjeżdża na zagraniczne wojaże. Mamy coraz więcej możliwości! A pula atrakcji jest ogromna. Chyba nie ma regionu na Świecie gdzie nie można by było pojechać teraz na wakacje. Oczywiście kierunek wakacji i rodzaj zależy od możliwości finansowych.
Polacy nadal często wybierają Włochy jako docelowy punkt swoich wakacji. Nie będę tutaj zachwalała Włoch, bo jak jest każdy wie. Włochy od wielu, wielu lat nastawione są na turystykę. Baza noclegowa i atrakcji jest ogromna. Właściwie każdy region Włoch jest ciekawy. Architektura, widoki, góry, morze, wyspy, plaże, muzea....można tak wymieniać i wymieniać. Są całe miejscowości nadmorskie zabudowane prawie tylko hotelami. Jak tam pojechać zimą to wszystko zamknięte, latem natomiast tętni życiem wypełnione po brzegi turystami.
Odnoszę wrażenie, rozmawiając z Włochami, że mają tendencję: zimą - góry, latem - morze.
Dlatego troszeczkę mniej turystów znajdziemy latem w górach. Jak dla mnie ideał. Ja preferuję góry.  

Widok na rzekę i góry

O urlopach i planach urlopowych można pisać i pisać. Nasze marzenia, nasze możliwości. Zazwyczaj każda, czy Polska czy Włoska rodzina, urlop planuje z jakimś wyprzedzeniem, szczególnie gdy w rodzinie są też dzieci. Młodzieńcze, spontaniczne wyjazdy też oczywiście są wspaniałe. 

Przed jakimkolwiek wyjazdem należałoby się przynajmniej zorientować w bazie noclegowej. Musimy pamiętać aby mierzyć siły, na zamiary. Nie ma co szarżować. Piszę oczywiście bardziej pod kierunkiem wakacji w górach. Trzeba pamiętać, że te piękne szczyty są też zdradliwe i ryzykowne. To, że na szlak nie trzeba iść z przewodnikiem nie znaczy, że jesteśmy kozicami górskimi. Pamiętajmy o wychodzeniu rano, po sprawdzeniu pogody, w odpowiednim obuwiu i ubraniu i z mapą! O jedzeniu, piciu, apteczce i poinformowaniu kogoś gdzie idziemy, nie wspomnę, bo to oczywiste. Wcześniej sprawdzamy jaki jest szlak i ile trwa. Jeśli nie za często bywamy w górach, doliczmy sobie jeszcze troszkę czasu do tego który jest wyliczony. Na pewno pójdziemy wolniej i częściej będziemy odpoczywać. Dla ludzi (takich jak ja) z aparatem w reku, też należy doliczyć czas. Zdjęć przecież nie robi się w biegu...

Zdjęciocha nad jeziorkiem


A przy wybraniu plaży... Pamiętajmy, że należy dobrze zwrócić uwagę na słońce. To "włoskie słońce" naprawdę mocno grzeje. O poparzenia nie jest trudno. Także dobry krem z filtrem, jakiś kapelusz i zapas wody. Patrząc na plaże w 5 terre są to głównie plaże kamieniste. Uważać trzeba głównie na dzieci. Wiem, sama widziałam , młodzież skaczącą ze skałek- jednak absolutnie nie polecam. Chyba, że w miejscu dozwolonym. Pamiętajmy po prostu o tym, że  na wakacje trzeba też "zabrać głowę" i myśleć. 

Morze liguryjskie.


Jest też część osób, takich jak ja, która żyjąc w innym kraju na wakacje wraca w rodzinne strony. Znam całą masę Polaków którzy tłumnie na urlopy przyjeżdża odwiedzić swoje rodziny w kraju. Śmiać mi się chce, że kiedyś wszelkimi możliwymi sposobami organizowałam wyjazdy z rodzinnej miejscowości, a teraz organizuję w odwrotnym kierunku. 
Jak cudownie jest móc pobyć z rodziną w kraju, bez pośpiechu, na spokojnie. Zjeść domowy obiad u mamy, pobyć z rodzeństwem. Wieczorne rozmowy a nawet zwykłe wspólne zakupy sprawiają wiele radości. Wtedy okazuje się, że w tej naszej rodzinnej miejscowości też jest sporo atrakcji, a my stęskniliśmy się nawet za znajomymi uliczkami, kawiarenkami.

A Wy jak spędzacie urlopy? Planujecie z wyprzedzeniem, czy spontanicznie wyjeżdżacie?
Góry, czy jednak morze? Lasy, czy jeziora?A może muzea i podziwianie architektury?
Gdziekolwiek byście się wybierali życzę miłych, spokojnych, radosnych, pełnych atrakcji, ekscytujących wakacji!

piątek, 7 czerwca 2019

Nasze włoskie mieszkanko.


Wreszcie nam się udało! Staliśmy się posiadaczami mieszkania. Mamy nasze własne "gniazdko".
Dopiero co pisałam o "smuteczkach na obczyźnie", a tutaj przebijają się też radości. Od stycznia walczyliśmy o to mieszkanie. Załatwianie wszelkich formalności we Włoszech trwa  i trwa.... A to któregoś urzędnika od któregoś z kolei stempelka nie ma, bo chory i na zwolnieniu. Trzeba było czekać 5 tygodni! 
Ale od początku. 
Mieszkania zaczęliśmy szukać pod koniec zeszłego roku. Internet rozgrzewał się do czerwoności a ja godziny spędzałam na poszukiwaniach. Wiadomo jak coś nam się podobało, to było za drogie. Jak cena pasowała to rudera. Szczególnie, że w obecnej naszej sytuacji mieliśmy budżet dość ograniczony. 
Udaliśmy się do banku, przedstawiliśmy naszą sytuację i dowiedzieliśmy się na jaki kredyt możemy liczyć. Trafiliśmy na kompetentne osoby, które na spokojnie wytłumaczyły nam wszystkie zawiłości i procedury. Sprawdziliśmy też ratę kredytu, abyśmy wiedzieli czy damy radę spłacać go spokojnie, bądź co bądź przez kolejne 30 lat!
Poszukiwania lokum trwały, a my obejrzeliśmy sporo różnych nieruchomości. Trafialiśmy też na najróżniejszych agentów nieruchomości.... Aż nie mogę się powstrzymać i o jednym napiszę. Chcieliśmy zobaczyć jeden dom z ogrodem. Umówiliśmy się z agentem, że to on nas tam podwiezie. Przyjechał, oczywiście spóźniony- no ale ok, każdemu może się zdarzyć. Przyjechał samochodem w którym przewoził rusztowania i farby! Ciężko było usiąść żeby się nie ubrudzić. Okazało się, że nieruchomość jest dużo dalej, niż było napisane w ogłoszeniu. Wejść można było tylko od strony ogrodu. A tam trawa po pas, a lało przez 3 ostatnie dni. Ja naprawdę wszystko rozumiem, ale mógł uprzedzić. Buty mieliśmy przemoczone. Pan po drodze zbierał jabłka które opadły i zajadał się nimi, przy okazji próbował z pełną buzią rozmawiać z nami. Kolejnego szoku nad zachowaniem tego człeka doznaliśmy chwilkę później.  Po wejściu do domu, on został na zewnątrz. Za chwileczkę wyszłam, bo chciałam się spytać o kuchnię, a on odwrócony( chociaż tyle) tyłem do drzwi wejściowych po prostu załatwiał swoją potrzebę! Oczywiście na do widzenia ręki mu nie podałam !!! Długo się zastanawiałam w jaki sposób jego biuro nieruchomości w ogóle funkcjonuje???? Bycie tak niekulturalnym(delikatnie rzec ujmując), chyba mu klientów nie przysparza?!
Wracając do naszego mieszkania. Wiedzieliśmy, że za kwotę którą dysponujemy nie uda nam się kupić mieszkania w miejscowości gdzie mieszkaliśmy dotychczas. Szczególnie, że mój kochany małżonek uparł się na posiadanie ogródka. Nie to żebym ja była temu przeciwna, ale u niego było to priorytetem. 
Wreszcie znaleźliśmy coś co by nam odpowiadało. Niedaleko miejscowości o której pisałam tutaj.
Na szczęście tym razem agent nieruchomości okazał się człowiekiem na wskroś dyspozycyjnym i kompetentnym. Wspaniale się z nim współpracowało. Obejrzeliśmy lokum i zaczęły się pertraktacje co do ceny. We Włoszech, przynajmniej w ostatnich latach jest możliwość targowania się o cenę. 
Po ustaleniu ceny, podpisaliśmy umowę przedwstępną i zostawiliśmy zaliczkę( tzw. caparra). Staraliśmy się aby zaliczka była jak najniższa. W ofercie zakupu zazwyczaj też wpisuje się termin ostatecznego zakupu mieszkania. Trzeba uważać. Nas uprzedzono, że jeśli z jakiś powodów my zrezygnujemy w tym czasie z zakupu, lub nie wywiążemy się z tego terminu, przepada nam zaliczka. Jeśli jednak nie doszło by do zakupu z winy sprzedających, to wówczas oni oddają nam zadośćuczynienie w wysokości podwójnej kaucji. 
W tym właśnie momencie poszukaliśmy też dobrego notariusza. Warto zwrócić się do kilku i sprawdzić kosztorys . Notariusz to nie jest tania sprawa, a bardzo potrzebna! To notariusz w pierwszej linii sprawdza, czy z mieszkaniem jest wszystko w porządku od strony prawnej. Bank w tym czasie też zaczyna działać, czyli wysyła do mieszkania rzeczoznawcę, który ogląda bardzo dokładnie i wycenia Nasze przyszłe mieszkanie. 
Oczywiście wszystko to pochłonęło masę czasu i nasze nerwy. Ale jak najbardziej było potrzebne. Czekaliśmy na każdą opinię, każdy telefon "jak na szpilkach". Wreszcie doczekaliśmy się na ten najważniejszy od notariusza i z banku. Dobrze jest też sprawdzić oferty różnych banków, każda jest troszkę inna i poszukać tego co nam najbardziej odpowiada. Po tych wszystkich procedurach, sprawdzaniach i kontrolach wreszcie nadszedł dzień podpisania umowy kupna. W naszym przypadku wszystko odbyło się w bardzo miłej atmosferze. Złożyliśmy ogrom podpisów i ....... mieszkanko jest NASZE!



W sumie od momentu jak zobaczyłam "to" ogłoszenie, do momentu gdy dostaliśmy klucze minęło ponad 5 miesięcy. Ale jest, mamy to. 
Wiem, teraz nas czeka jeszcze masa pracy. Szczególnie, że wszystko robimy sami. Ale jaka satysfakcja. 
Przeprowadzamy się w nowe miejsce. Zawsze tamte okolica bardzo nam się podobały. Jednak to przeprowadzka z miasta do miasteczka, właściwie wioski. Ciekawe jak nam się będzie mieszkało? No i to zupełnie inny region Włoch, choć odległość od dotychczasowego miejsca to tylko 30 km. 

czwartek, 30 maja 2019

Smuteczki na obczyźnie.


Opiszę tutaj moje osobiste odczucia i obserwacje. 

Ludzie z własnego kraju wyjeżdżają z różnistych powodów. Są tacy którzy wyjeżdżają tylko, albo i aż  "za pieniądzem", inni na studia i później zostają. Tacy którzy przed czymś uciekają. To nie tylko sprawy polityczne, czasem jest to nieudane małżeństwo. A czasem wyjeżdżają "za miłością". 

Każda z tych osób nie do końca jest w stanie przewidzieć skutki własnego wyjazdu. Człowiek po prostu nie jest wstanie przewidzieć wszystkiego.

 Najczęściej jest tak, że pierwszy czas na nowym miejscu to zachwyt. "Jak tu pięknie"! Wszystko jest inne, wszystko jest nowe. Uczymy się nowego Świata. Uczymy się języka, nawiązujemy znajomości. Jesteśmy tak nabuzowani nowymi emocjami, że nie ma jeszcze czasu na tęsknoty i żale. Przecież tylu jest nowych ludzi wokół nas. Pani w sklepie się do nas uśmiecha i w przemiły sposób próbuje się z nami dogadać. Bo My języka się przecież dopiero uczymy. A ona bardzo docenia to, że się staramy. 

Pierwsze, ale na razie malutkie "schodki" pojawiają się gdy szukamy pracy. W tym momencie powinniśmy już znać język. Pracodawcy w każdym kraju bywają różni. Są prace gdzie chodzi się jak do znajomych, czy rodziny- z ogromną ochotą. Praca sprawia nam przyjemność i jest rozwojowa. Wtedy "smuteczki na obczyźnie"jeszcze do nas nie zaglądają. Jeśli jednak praca jest kiepska, a pracodawca nazwijmy to- mało miły, zaczynają się problemiki i pytania. Czy to dobrze że się wyjechało z kraju? No, ale powiedzmy sobie szczerze- pracę zawsze można zmienić, wreszcie trafi się na taką która jest ok, od każdej strony.

Jak już jest praca to trzeba też rozejrzeć się za miejscem zamieszkania. Często, wiem to z własnego doświadczenia, wynajmuje się mieszkania po kilka osób. Prawie jak za czasów studenckich. Każdy ma swój pokój, wspólna kuchnia, łazienka. I tutaj też mogą się już zacząć pojawiać "smuteczki na obczyźnie" lub jeszcze nie. Zależy z jakimi ludźmi mieszkamy. Czy się potrafimy odnaleźć wśród tych osób. 

Czasami jest tak, że praca i miejsce zamieszkania to jedno i to samo. Nie mam tu na myśli "obozów  pracy". We Włoszech, ale wiem że i w innych krajach są prace jako "pomoc przy osobach starszych". Rodziny zatrudniają osoby do pomocy przy swoich rodzicach lub dziadkach. Często są to osoby całkowicie nie radzące sobie same i nie mogące przebywać same w domu. Praca jest właściwie 24 h/ dobę prawie 7 dni w tyg. I już wówczas mogą nas dopaść z pełną siłą "smuteczki". W zależności oczywiście od rodziny u której się pracuje, raz jest troszkę lepiej raz gorzej. Ale chyba każdego dopada wówczas myśl, że opiekujemy się przecież nie naszymi rodzicami czy dziadkami. Ci nasi są daleko i bardzo za nimi tęsknimy a oni za nami.  O rozterkach przy takiej pracy możemy poczytać w książce Luci "W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze wzgórza czterech wiatrów".

Mnie pierwsze "smuteczki" dopadły gdy pierwszy raz nie mogłam pojechać do Polski na Święta Bożego Narodzenia. W ŚWIĘTA nie  mogłam być z bliskimi! Byłam w obcym domu z tak naprawdę obcymi mi ludźmi. Cierpiałam i ja i moi najbliżsi. Dziękowałam Antonio Meucci za wynalezienie telefonu.
A jak już mogłam pojechać to od znajomego w Polsce usłyszałam, że dobrze mi tam bo pewnie dużo kasy zarabiam... No tak, każdy widzi to co chce. 

Czas mijał, a moje życie mimo wszystko coraz bardziej układało się na obczyźnie. Tutaj poznałam mojego męża. Ale i wtedy "smuteczki" mnie dopadały. Śluby organizowaliśmy dwa. Jeden we Włoszech- cywilny. Była cała rodzina mojego męża, cząstka  mojej, no i nasi znajomi stąd. Drugi- kościelny, był w Polsce, aby mogła być moja rodzina, cząstka rodziny mojego męża i znajomi z Polski. 

Czasem też zdarzają się sytuacje tragiczne i naprawdę bardzo duże smuteczki. Gdy ja czekałam we Włoszech w szpitalu na zabieg na który czekałam od pół roku, moja mamcia w Polsce miała poważny wypadek. Nie miałam możliwości rzucenia wszystkiego i wsiąść w samolot. Oczywiście później poleciałam i byłam przy niej, ale nie było mnie w tym strasznym momencie. Dobrze, że mam brata, który jest tam blisko. 

Smuteczek dopadł mnie też wczoraj gdy odszedł nasz kochany przyjaciel, nasza kochana psinka. Wiem, część osób powie- no przecież to tylko zwierzak. Dla nas to był NASZ PRZYJACIEL. I znowu mnie tam nie było. Nie pożegnałam się z nim.

Nasze "smuteczki na obczyźnie" dopadają też naszych bliskich, którzy zostają w kraju. Gdy ja miałam wypadek samochodowy, moich bliskich tu nie było. A linia telefoniczna się rozgrzewała. W ogóle uważam, że telefon to najważniejszy wynalazek jak dla mnie.

Jestem osobą, która zawsze stara się widzieć "szklankę do połowy pełną". Szukam pozytywów w każdej sytuacji życiowej. Dlatego muszę się też ciągle uczyć życia z tymi" smuteczkami na obczyźnie", które czasem mnie dopadają. 

Napisze też na pewno o "radościach na obczyźnie", ale to już innym razem. 

czwartek, 23 maja 2019

Włoski stół.


Stół we Włoszech to chyba najważniejszy mebel w domu. Odnoszę wrażenie, że to właśnie wokół stołu toczy się włoskie życie. 

Do napisania o stołach we Włoszech sprowokował mnie mój własny mąż... Ci którzy zaglądają na mój fanpage na Fb, wiedzą że zmierzamy się z kupnem domu. Ostatnio zastanawiając się jak ten dom ma być urządzony, pierwszym pytaniem ze strony ślubnego było- "a gdzie będzie stał stół"? Ja zastanawiałam się, dla zdobycia większej ilości blatu w kuchni, nad rezygnacją tam ze stołu. Jednak mowy nie było! Stół w kuchni zostaje. 

Stoły we Włoszech właściwie maja podwójne zadanie. Z obu słyną Włochy. Jedno to jedzenie, drugie to rozmowy. 

Na sobotnie lub niedzielne obiady zbierają się całe rodziny. W większości domów nakrywanie do stołu, wśród śmiechu i rozmów to cały rytuał. Zazwyczaj posiłek także przerywany jest nieustannymi rozmowami. No a przy deserze można przecież przesiedzieć naprawdę dużo czasu. A później jest jeszcze czas na kawę... Nie zdarzyło mi się jeszcze siedzieć we Włoszech przy stole przy którym byłaby cisza. 
Mało kiedy Włosi jedzą na szybko kanapkę przy biurku w pracy. Jest przecież pauza na obiad, który należy zjeść nie inaczej jak przy.... stole. Czasem ten stół znajduje się w zakładowej stołówce, a czasem w domu. No i właśnie nie chodzi o sam fakt jedzenia. Bo można byłoby przecież zjeść jakąś kanapkę w ręku, na szybko i już. A tu nie, tu musi być stół.

Stół przygotowany do kolacyjki ze znajomymi.

Szczerze powiem, że sama uległam urokowi stołu. 
Czasem dla spotkań ze znajomymi organizujemy kolację właśnie przy stole...
Kładziemy ładny obrus, wymyślam i serwuję własnoręcznie przygotowane dania.
A później po jedzonku, jeszcze długo siedzimy i dyskutujemy.

A na co dzień też życie nasze toczy się wokół stołu. Rano przy stole jemy śniadanie. No dobrze ciężko nazwać śniadaniem kawę i ciastko, ale to przecież "włoskie śniadanie". I przy tymże stole jadamy wspólnie kolację. Zawsze słyszałam powtarzane u nas sformułowanie-"Jak pies je to nie szczeka".Długo zajęło mi przestawienie się z szybkiego zjedzenia i odejścia od stołu, na wieczorne biesiadowanie przy stole. Ale przyznaję, że to polubiłam. To taki moment wytchnienia po całym dniu. Siedzimy, jemy i rozmawiamy o sprawach dnia codziennego ale i przyszłości. 

Chyba jedynym we Włoszech odstępstwem od rytuału "stołu", jest poranna kawa w barze. Wówczas bardzo często spożywa się ją "na jednej nodze" i nie siada do stołu. 

A Wy jakie macie doświadczenia związane ze stołem na ziemi włoskiej? Ja zaczynam już wybierać jakiś ładny stół do własnego mieszkania...




wtorek, 14 maja 2019

Nad morzem - "Dai Pescatori"


Ostatnio jesteśmy totalnie zabiegani. Sprawy z mieszkaniem troszkę ruszyły i znów stanęły... Wszystkiego trzeba dopilnować. I tak biegamy pomiędzy agentem nieruchomości, bankiem, notariuszem... Czasem, szczerze przyznaję że czasu na spokojne gotowanie, ba zrobienie zakupów na kolację, dotkliwie brakuje. Dlatego jednego wieczoru zdecydowaliśmy, że zamiast zaczynać gotowanie pójdziemy zjeść "na miasto". Nasze kroki skierowaliśmy do dobrze nam już znanego lokalu "Dai pescatori". 
Lokal znajduje się przy promenadzie w La Spezii. Dokładny adres to- Banchina Thaon di Revel. My zawsze wybieramy drogę wzdłuż morza. Przy okazji miły spacerek przed jedzonkiem zapewniony. A widok całkiem miły. 


Widok morza z La Spezii

Lokal jest bardzo oblegany. W okresie letnim, wakacyjnym trzeba odstać swoje w kolejce. Celowo nie nazywam tego miejsca restauracją, żeby nie wprowadzić Was w błąd. Jeśli słyszymy słowo restauracja, myślimy zazwyczaj o pięknie zastawionych stołach z kelnerem krążącym pomiędzy gośćmi. Tutaj natomiast jest to restauracja samoobsługowa. To znaczy stajemy w kolejce, dostajemy swoją tacę i mówimy pani za ladą na co mamy ochotę. 


Owoce morza w "Dai Pescatori"


Ona nakłada danie na plastikowe!!! talerze. Z lodówki sami wybieramy coś do picia. Do wyboru jest woda, napoje, wino, piwo.  Później z jedzonkiem na tacy kierujemy się do kasy. Zostajemy zapytani, czy życzymy sobie pieczywo. Wszystko zostaje podliczone, a po uiszczeniu opłaty możemy spokojnie zająć się jedzeniem. 


Mieszanka owoców morza i rybek smażonych w głębokim tłuszczu

Ja jak zawsze wybrałam "frittura mista"- czyli frutti di mare i małe rybki smażone w głębokim tłuszczu. Do tego oczywiście kawałek cytrynki. I to danie w tym miejscu uwielbiam. Wszystko jest świeżutkie i chrupiące.


Sałatka z kalmarami

Mój mąż oczywiście również zamówił fritture. Dodatkowo wziął jeszcze sałatkę z kalmarami. 


Jak już się domyślacie lokal oferuje dania z owocami morza. Wszystko zawsze jest bardzo świeże, ponieważ jest zakupywane prosto od rybaków. Do tego super przyrządzone. Ceny są naprawdę do zaakceptowania. I już wiadomo skąd latem i w weekendy są kolejki przed lokalem... Wybór dań jest naprawdę duży ( widzicie na zdjęciu powyżej, na drzwiach wejściowych jest całe menu). 
Czy warto się tam wybrać? Na pewno. 

wtorek, 26 marca 2019

Łatwe ciasto.


Jak pewnie już zauważyliście i ja i mój mąż,  bardzo lubimy ciasta i w ogóle wszelakie słodkości. Dlatego na blogu najwięcej jest właśnie takich przepisów. Oczywiście ciągle odkrywamy przeróżne nowe potrawy i smaki, ja włoskie - on polskie. Jednak najwięcej jest słodkiego.
Obecnie oboje po wypadku jesteśmy w domu, a chęć na słodkie wręcz "chodziła" za nami.
Niestety ja nie mogę jeszcze za bardzo używać prawej ręki. Decyzja była więc krótka. Mąż robi ciasto, pod moim czujnym okiem. Chcieliśmy wypróbować przepis, który wydawał się dość prosty. Wybraliśmy ten z książki Luci pt."W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze wzgórza czterech wiatrów".
Zdjęć niestety z przygotowań ciasta jest troszkę mniej, ale efekt końcowy jak najbardziej uwieczniłam.


Ciasto z serków

A teraz zaczynamy...
Składniki : 
100 gr. masła, 180 gr. herbatników (najlepiej petit beurre), 250 gr. mascarpone, 250 gr. ricotty, 100 gr. cukru, 3 jajka, marmolada z owoców leśnych ( my użyliśmy śliwkowej).

Najpierw mikserem rozdrabniamy herbatniki. Roztapiamy masło i łączymy z herbatnikami. Niewysoką formę na ciasto  smarujemy masełkiem i wykładamy na nią masę z herbatników. Dobrze ugniatamy.
Serki mieszamy ze sobą. Ubijamy żółtka  z cukrem. Następnie łączymy z serkami.


Masa na ciasto

Osobno ubijamy pianę z białek. Na koniec delikatnie mieszamy pianę z białek z masą serową. Przekładamy całą tą masę na masę herbatnikową. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy w 180 st. C. około 20 min.


A teraz ciasto do pieca.


 Już nie raz pisałam, że mój piekarnik "żyje własnym życiem". Więc u mnie jak zawsze poszedł w ruch patyczek, do sprawdzenia czy ciasto już upieczone. Musiałam piec troszkę dłużej, około 30 min.
Po upieczeniu i wystudzeniu smarujemy grubo marmoladą. Dobrze jest wstawić i przechowywać w lodówce.
Na koniec zacytuję słowa autorki: "Przepis prosty, jak za przeproszeniem budowa cepa. Praktycznie żadna robota, a efekt.... Słów brak". 


Ciasto z dwóch rodzajów serka

Podpisuję się pod tym. Zgadzam się całkowicie. Przepis jest prosty, a ciasto przepyszne. Także i osoby, które są mniej obeznane w kuchennych sprawach spokojnie sobie poradzą. 
Smacznego!


wtorek, 5 marca 2019

Tłusty wtorek


We Włoszech częściej niż "tłusty czwartek" obchodzi się "tłusty wtorek". Jest to ostatni dzień karnawału. Kolejny dzień to Środa Popielcowa i początek Wielkiego Postu. Dlatego we wtorek należało zjeść wszystko co tłuste, aby nic się nie zmarnowało i nie kusiło przez kolejne postne dni. W tłusty wtorek odbywają się także, w większości miast i miasteczek, ostatnie zabawy karnawałowe. A w domach piecze się różne słodkości. Są i bomboloni (podobne do pączków), i chiacchiere ( czyli faworki). 
Ja oczywiście zdecydowałam się na zrobienie pączków. Niestety nie miałam dżemu z róży. Zadowoliłam się dżemem ze śliwek i moreli.

Pączusie

Przepis kilka lat temu znalazłam w internecie. Przepraszam, nie mogę podać czyj to przepis. Spisałam na kartkę i dodałam do notatnika, bez autora.

Składniki :
600 gr. mąki, 3 duże żółtek, 80 gr. cukru, 80 gr. roztopionego i ostudzonego masła, 40 gr. świeżych drożdży, 250 ml. letniego mleka, 1 łyżka alkoholu (np. rum), szczypta soli. No i marmolada lub dżem do wypełnienia. Smak jaki kto lubi.

Najpierw robię zaczyn z drożdży. Do miski rozkruszam drożdże, dodaję łyżeczkę cukru, łyżkę mąki i troszkę mleka. Rozprowadzam wszystko, aż drożdże się rozpuszczą. Przykrywam ściereczką, odstawiam w ciepłe miejsce na jakieś 20 min aż drożdże zaczną pracować.

Wyrośnięty zaczyn

Po tym czasie do rozczynu dodaję pozostałe składniki i mieszam. Gdy już wstępnie składniki są wymieszane przekładam na stół i wyrabiam ciasto jeszcze przez kilka minut. Ciasto powinno być dość elastyczne i nie kleić się do rąk.

Ciasto na pączki

W misce oprószonej mąką odstawiam ciasto do wyrośnięcia na około 50 min. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.
Wyrośnięte ciasto jeszcze raz króciutko wyrabiam. Rozwałkowuję na dość gruby placek i szklanką wykrawam pączki. Dzięki temu każdy pączek jest tej samej wielkości. Ja z każdego kawałeczka ciasta robię w rękach jeszcze raz kulkę, delikatnie ją spłaszczam i odkładam na deskę wyłożoną papierem do pieczenia. 

Pączki odstawione do wyrośnięcia


Przykrywam ściereczką i jeszcze raz pozostawiam do wyrośnięcia. Tym razem na około pół godz.
W garnku rozgrzewam tłuszcz. Wiadomo, że pączki należy smażyć w głębokim tłuszczu. Są różne szkoły. Smażenie na smalcu, na oleju, na mieszaninie obu produktów. Ja smażę na oleju.
Olej musi być dobrze rozgrzany. Ja to sprawdzam przy pomocy drewnianej łyżki. Gdy wokół końcówki łyżki zanurzonej w oleju, tworzą się bąbelki, znaczy że olej jest już dobrze rozgrzany.
Wówczas delikatnie wkładam pączki do garnka stroną na której leżał pączek, do góry. Dzięki temu ta "przygnieciona" strona, ma szansę jeszcze podrosnąć.

Pączki podczas smażenia


Pączki smażymy po około 2-2,5 min. z każdej strony. Szczerze powiem, że ja pierwsze pączki sprawdzam. Drewniany patyczek wkładam w środek pączka. Jeśli wyjmę suchy, pączki są gotowe. 
Wyjmuję je na kuchenny papier i odsączam z tłuszczu. Do szprycy z długą końcówką, przekładam wybrany, ulubiony dżem i nadziewam pączki. Gdy pączki już zupełnie wystygną oprószam je cukrem pudrem. 

Pączki posypane cukrem pudrem


Na tłusty wtorek pączki , gotowe!
Smacznego.

wtorek, 19 lutego 2019

Słodki pocałunek


Przepis na tą słodkość miałam już od lat. Dostałam go od jednej starszej Pani. Jednak zawsze to ona robiła Baci di Dama i przynosiła do poczęstowania. Nie miałam więc mobilizacji do ich zrobienia własnoręcznie. 
Wreszcie się zebrałam i oto są- Baci di Dama.

Oczywiście, na początek troszeczkę historii-
Przepis na ciasteczka powstał w Tortonie w XIX wieku. Oryginalny przepis zawiera orzechy laskowe (piemontese), które w tym rejonie były łatwo dostępne. Natomiast już w roku 1810, Stefano Vercesi zmienił recepturę zastępując orzechy, droższymi migdałami. Wystawiając ciasteczka na Międzynarodowych Targach w Mediolanie w 1906 roku zdobył Złoty Medal. Od tego czasu Baci di Dama rozpowszechniły się w całych Włoszech. 
Legenda głosi, że ciasteczka są przepisu zakochanego piekarza. Dlatego stworzył ciasteczko które swym kształtem przypomina słodki pocałunek.

Do czasów dzisiejszych, przepisów na Baci di Dama jest kilka. Zmieniają się składniki- jedne są z orzechami, inne z migdałami a jeszcze inne pół na pół. Zmienia się też nadzienie. Są z gorzką czekoladą, są z białą, z Nutellą.

Przepis, który chciałam Wam przedstawić bazuje na oryginalnym, jest więc z orzechami laskowymi.

Składniki:
125 gr orzechów laskowych, 125 gr. cukru, 125 gr. mąki, 110 gr. masła, 100 gr. czekolady(70%).




Najpierw należy obrać orzechy. Patelnię posmarować masłem i "podprażyć" orzechy, tak żeby łatwo było zdjąć brązową skórkę. Oczywiście można kupić już obrane, prażone orzechy laskowe. Następnie należy je zmiksować na drobny proszek, taką mączkę. Zagniatamy razem- mąkę, orzechy, cukier i masło. Kulę ciasta owijamy folią i wkładamy do lodówki na pół godz. Płaską formę smarujemy masłem i oprószamy mąką. 



Na taki biały puszek układamy uformowane w małe kuleczki ciasto. Kuleczki maja być malutkie! Formę z kuleczkami wkładamy do piekarnika nagrzanego do 150 stopni i pieczemy około 15 min. Rozpuszczamy czekoladę w kąpieli wodnej. Gdy ciasteczka ostygną możemy je przełożyć czekoladą. I gotowe. 



Baci di Dama nadają się fantastycznie do kawki lub herbatki na popołudniowe spotkanie ze znajomymi. Uwaga, znikają w zastraszająco szybkim tempie! U mnie już zjedzone... Czas na zrobienie kolejnej porcji, na sobotnie spotkanie z koleżanką.
Mam nadzieję, że przyda się Wam taki przepis i że go wypróbujecie. Smacznego.